15 września 2015

Opadajmy wolniej




Opadajmy wolniej między te spadające już nieśmiało liście, między te niezwiezione do piwnicy drewno, między te kolejne warstwy zakrzątania, na-potem pośpiechu, skrzętnych planów, robienia zapasów jak mądra mrówka.

Opadajmy wolniej w te szare poranki, gdy po chleb i mleko wyjeżdżam o nagle ciemnej godzinie, wolniej w tą melancholię, katar, znużenie po nocy, gdy nagle znów trzeba okazać się dzielnym i myjąc zęby zapominać o tęczy, po której zbiega się we śnie.

Opadajmy wolniej, nie bójmy się nie umieć, nie być na czas, nie być zaradnym, wydać ostatnie grosze na czerwone buciki, zobaczyć, jak nie zdążamy z niczym. 
Pozwólmy sobie z godnością spojrzeć niepoprasowanemu praniu w oczy.
Zawinąć się w koc i przyznać, że pisaliśmy kiepskie powieści, ale na szczęście dalie są purpurowe i błogosławi nas poranek rosą.

My, którzy zapominamy o urodzinowych kartkach i robimy szybkie laurki, kradnąc papier z drukarki i ołówki dzieciom. Piszemy analizy na wczoraj i nie opłacamy rachunków na czas.  Opadajmy wolniej, zachwyceni jeszcze bujającym się w hamaku ciepłych dni wrześniowym latem. Jeszcze będą ciemne dni, jeszcze spadniemy tam, na samo dno gorzkich deszczy. Teraz napijmy się jeszcze światła.

Teraz opadajmy wolniej, jak pasikoniki, które nie zbierają i nie żną, ale pogrywają na skrzypeczkach chwil. Róbmy zdjęcia pajęczynom, wrzosom, zbierajmy jeżyny, darujmy życie ogrodowym basenikom w błękitach i różu, niech poprzeglądają się w nich obłoki. Nie sprzątajmy jeszcze. Nie grabmy liści do czysta. Nie strzyżmy uszu trawnikom. Oglądajmy stare zdjęcia i machajmy bosymi stopami.

Opadajmy wolniej, łapiąc się z całych sił baloników codziennych radości. Ciągle mamy czas:)


14 września 2015

O zmęczeniu i śliwkowej zupie.

W zasadzie nie powinnam, w końcu to ledwie połowa września. Ale czuję się trochę takim zasuszonym winogronem, bo i w wielkim świecie naokoło i w małym bardzo dużo zgiełku,  jakichś szarych smutków i zwykłego zmęczenia. Więc dzisiaj myślałam sobie, żeby siebie poweselić i na duchu podtrzymać,  o darach jesieni i o tym, że Leszek Długosz śpiewał o dniu w kolorze śliwkowym. I co by nie było, śliwki właśnie dojrzewają, a pani Ćwierczakiewiczowa podaje przepis na zupę śliwkową:

„Pół garnca śliwek węgierek, po oczyszczeniu z robaków, nalać wodą tak, aby objęła śliwki i gotować mięszając żeby się śliwki nie przypaliły. Skoro się rozgotują, przecedzić przez durszlak, wsypać cynamonu, pół funta cukru, szklankę wody rozbić z łyżką mąki, zagotować razem i podać z grzankami smażonemi na maśle. Wiele osób zaprawia tę zupę śmietaną, bez śmietany jednak daleko jest smaczniejsza i zdrowsza. Należy ją podawać na ciepło.”



Po czerni jeżyny, po liściu kaliny. Podlewam pomidory, jeszcze ciągle owocują. Muszę posadzić jesienne truskawki, muszę zrobić porządek w warzywniku. Za dwa tygodnie nasze młode już z domowego gniazda wylecą na studia. Mały pisze na polski opis lasu, a po deszczach w lasach prawdziwych, na horyzontach błękitniejących grzyby już, których nie mam czasu zbierać. Za dwie niedziele Światyj Kryż, ostatni odpust tego roku, ostatnie kolorowe jarmarki. Zrobię więc sobie tę śliwkową zupę i knedle do tego,  i będę czekać na pełnię żniwiarzy i na nieodwołalne sprowadzenie się jesieni. A tymczasem czas sobie mija nas. Urodziny dwóch mam, Miłego i Średniaka. Odloty rodziny i jaskółek. Przekwitnięcie ostatniej angielskiej róży. Dzisiaj jakoś serce mi się ścisnęło, gdy mama Miłego rzekła, że oto dobrze już by było drzewo na zimę do piwnicy zwozić. Jakże to tak? Niesprawiedliwość.


- To się w głowie nie mieści
Że tak szumi szeleści
Tak bliziutko, o krok, prawie tuż
Głębokimi rzekami, pachnącymi szuwarami
Idzie jesień
I prosto w nasz próg...



13 września 2015

Zestaw Człowieka Jesiennego



To, co latem robiliśmy tylko czasem i nieśmiało, teraz staje się codzienne i ważne. Owijanie się w koce. Wyciąganie swetrów i przyglądanie się smużkom pary nad kubkiem z kawą czy herbatą. Celebrowanie coraz ciemniejszego poranka i wieczoru. Miły ma swój "Jesienny Zestaw Taty Odpoczywającego" od Elfa i Dużego - mięciutki kocyk, kubek, kapcie i michałki. Ja do swojego jesiennego zestawu dorzuciłabym jeszcze piękne wiersze i  muzykę w tle - na przykład Danielę i Gię, obowiązkowo kota za laptopem, upakowanego puchatą osobą na stosie wniosków do dalszej pracy i analiz, a za oknem sosny,  żółknący bez i  łysiejący jaśmin, udekorowane wróblami piękniejszymi niż jakiekolwiek dizajnerskie, jesienne gadżety.
Poro swetrów, dziękuję ci za moje różane poncho! Poro zimnej rosy i księżyca żniwiarzy, poro lamp jasno płonących, smażonego oscypka, owoców czarnego bzu i jarzębin! Jak tu nie czuć zmienności pór roku, gdy pchają się nam do okien, natrętnie, jak ciekawscy sąsiedzi? Festiwal astrów i dalii w ogrodzie, a w lesie wrzosy, a na przedlesiach i podlesiach nawłoć i puszyste osty. 

Dygresja: na naszych terenach słowem "nawołocz" z akcentem na pierwszą sylabę określa się osobę przyjezdną, obcego, w przeciwieństwie do rodzimych tubylców. Np: kto kupił dom Zańków? A, jakaś nawołocz z miasta. Moim zdaniem bardzo humorystycznie koresponduje to z żółtą nawłocią, zajmującą coraz więcej podleśnych łąk:) Koniec dygresji.

A w szkole straszność roboty, zapomniałam już, że miałam wakacje, że kiedykolwiek miałam urlop, stałam się oto Alegorią Człowieka Pracującego, ciągnącego do domu służbowy laptop i setki stron papieru z biednych drzew zrobionego. Ale z całych sił staram się trzymać lata i przedjesienia i pocieszam się tym Zestawem  Wczesno - Jesiennym, żeby jesiennieć powoli i dokładnie, od naskórka duszy po samą głębię, aż tam, gdzie jest już tylko werset o skarbach ukrytych i kilka wierszy Cummingsa, których nigdy się nie rozumie gdy się nie jest bardzo smutnym.




Zestaw Człowieka Jesiennego dla was, na razie muzyczny i poetycki, bardzo rozwojowy.



E. Cummings

Patrz, wszystkie palce tego drzewa (kochanie) mają
dłonie, a wszystkie dłonie mają ludzi; i
każda poszczególna osoba jest (moja miła)
żywsza niżby mógł to pojąć jakikolwiek świat

i teraz ty jesteś i ja jestem i jesteśmy
tajemnicą, która nigdy więcej się nie zdarzy,
cudem, który nigdy jeszcze się nie zdarzył –
i błyszczące nasze teraz musi stać się wtedy

nasze wtedy będzie ciemnością podczas której
palce stracą dłonie; i ja nie będę miał
ciebie: i wszystkie drzewa są (może więcej
nawet niż bezlistne) jest cicho w wiecznym śniegu

– lecz nie bój się (moja własna, moja piękna
moja kwitnąca) bo jest jeszcze, aż do

10 września 2015

Wykopki i błękit

 

Dzień dziś bardzo pogodny. Chmury były cukrową watą w dłoni Boga, a klon spod zielonych powiek rzucał powłóczyste spojrzenia topolom. Na polu pod topolami zbieraliśmy ziemniaki po wykopkach. Był Elf w gumowcach, Duży, Średni i Mały, który robił ziemniakom domki w zasuszonych łętach. Pan Ziemniak, pani Ziemniakowa i małe ziemniaczątka wydawały się zadowolone. 

Przypomniałam sobie, jak szkolnym osinobusem jeździliśmy na wykopki całymi klasami. Potem było ognisko i pieczone w popiele ziemniaki. Zapach dymu pamiętam do dzisiaj. Wiosną z kolei było zalesianie - takim żelaznym dziobem robiło się w ziemi dziury, a ktoś drugi umieszczał tam sadzonkę sosenki, by udeptać wokoło starannie nogami. W osinobusie zamiast siedzeń były deski. Jako prowiant mieliśmy kiełbasę w pętach i niekrojony chleb, a do picia kwas chlebowy.
Wykopki z archiwum Kłodawy
 Osinobus, źródło - wikipedia:)
 Patrząc w błękit zawieszam się na chwilę, czując w dłoni malutkie, okrągłe ziemniaki. Jakbym szła pod prąd Letą, nagle dziesięcioletnia.

Czy ktoś pamięta jeszcze wykopki? Zapach ognisk i baśni?


06 września 2015

O dzwoneczku w aptece i rzeczach kruchych

Nasze miasteczko jest nieduże. W zasadzie to gminna wieś, choć z dumnym herbem, najstarsze wzmianki o osadzie  tym miejscu pochodzą z 1282, a prawa miejskie nadano w 1514 r. W parku rosną lipy, które sadził mój Tata. Złotobrązowe listki zaściełają marniutkie trawniki. Jak się spojrzy na prawo, widać kościół i jesiony na wzgórzu, jak się spojrzy na lewo, niebieską cerkiew i klony. Te najstarsze już wycięto. Kiedyś był bruk teraz asfalt. Jest ośrodek zdrowia, szkoła, poczta i kilka sklepów. Tu, gdzie jeden ze spożywczych, kiedyś był rybny, tu, gdzie pizzeria, kiedyś fryzjer, a tu, gdzie baner do wynajęcia, kiedyś napis: program partii programem narodu.

W pomalowanej na zielono drewnianej aptece pachnie ziołami, których pełne są stareńkie regały. Pani Tamara sama sprawnie komponuje ziołowe ingrediencje, posiłkując się przepisami mieszkającego w pobliżu ojca Gabriela. Można tu kupić olej lniany i cukier brzozowy. Kiedy się wchodzi, dzwoni dzwoneczek, przywracając równowagę światu, który staje się bezpieczny i znajomy. Pachną zioła, dzwoni dzwoneczek. Wszystko jest dobrze. Kwiaciarnia na przeciw, ta, w której był pożar, nadal nie wynajęta. Stara mirabelka pod ścianą zawsze wiosną rozkwita pierwsza. Jak się skręci za rogiem, będą jeszcze dwa sklepy i bank. Parking przed bankiem to było kiedyś kino "Melodia", ale spłonęło w 73. A w starej bibliotece ktoś mieszka, kupił ją i nie rozebrał. Za to starą szkołę rozebrano, na jej miejscu stoi Willa Otoczona Ogrodem. Szkolne jesiony wycięto. I nie ma już narcyzów w szkolnym ogrodzie, za to są zawilce japońskie i trawa pampasowa. Trochę smutno mi czasem, gdy tamtędy przechodzę, ale to smutek z gatunku "nicnatonieporadzę". I czy Stefania Grodzieńska nie powiedziała kiedyś, że czasy się zmieniają i kto ma nosa, zmienia się razem z nimi? 

Mój nos trochę się marszczy na zmiany, ale cieszę się przynajmniej, że plac po starej szkole nie jest pusty, ktoś tam mieszka, ktoś dba o brzozy i dęby i ktoś zrywa do bukietu japońskie zawilce. 
A pustych domów jest u nas wiele, ludzi ubywa, a dzieci nie przybywa. Całkiem niedawno na rok pięć chrztów w kościele było. A w sąsiedniej gminie, to i jeden tylko.
Wczoraj mama powiedziała, że odszedł na niebiańskie połoniny mój dawny nauczyciel. Ten, który na mnie pokrzykiwał "jołopie ty", bo nader marnie piłeczką palantową rzucałam. I tak szkoda - jakaś epoka się kończy,  a pan G. , choć nerwowy, takim symbolem starej szkoły był. Takiej, w której palono w piecach kaflowych, pani od robótek ręcznych sama rąbała drzewo na przerwie, woźna gotowała kawę zbożową, a dyrektora bano się przeraźliwie. 

Wracając do miasteczka, to można je podzielić na dwie części, starą i nową. My mieszkamy w tej starej, obok naszego domu jest krzyż, który kiedyś wyznaczał granice, dlatego zatrzymują się tu nadal wszystkie pogrzeby, a my możemy przez gałęzie jaśminu patrzeć na smutne korowody. W nowej części są bloki, duży sklep z koszykami, ogródek bardzo piwny i dyskusyjny, młodzież na skuterach i nowe przystanki ze szkła, już pobite. Zawsze, kiedy tam przechodzę, myślę o sosnach, które tu rosły, gdy jeszcze żadnych bloków i sklepów nie było. Było za to maleńkie jeziorko wiosną i łąka, gdzie pasłam nasze stadko gęsi. Uśmiecham się do tych wspomnień - z pasieniem gęsi radziłam sobie jeszcze gorzej niż z rzucaniem piłeczką palantową. Teraz obiecuję Małemu, że jak przejdę na emeryturę, to znów będziemy mieć kurki i gęsi. Jeszcze 24 lata pracy, cóż to jest. Za 24 lata będę pomarszczona jak sucha mirabelka i będą mi się kłaniać wnuki moich obecnych uczniów. Bardzo lubię tę perspektywę:) 

Nie wiem, czemu naszło mnie na pisanie o miasteczku i wspomnieniach, chyba dlatego, że jesień nas trochę melacholizuje,  ja jestem łasa na melancholię, a wspominanie i opisywanie uspokaja mnie, tak jak dzwoneczek w aptece.   To tak, jakby się brało w dłonie kruchą filiżankę, by upić łyk złotej herbaty.  Kruche - te słowo dobrze pasuje. Rzeczy wokół mnie są kruche, miejsca i ludzie tak samo. I  jakoś jest tak, że te rzeczy kruche są bardzo ważne, bo stają twarzą w twarz z przemijaniem, mając tylko siebie. I nas, którzy kochają je i pamiętają... Pozdrawiam was w złoto- zieloną, wrześniową niedzielę.

Ps. Odleciały jaskółki.



04 września 2015

O dekadenckich pomidorach, wrześniu i zasadzie zachowania energii.


Lubię wrzesień. Lubię wyciąganie z szafy swetrów, herbatę z malinami, kosze z jabłkami i rosę rano, na trawie. Lubię kolory owoców i cukinie. Krople na pajęczynach. Pachnące wiatrem pranie, rozwieszane między winogronami. Nikt już nie pieli, bo nikomu się nie chce. Trawniki wyglądają jak hipisi, wyłysiali z jednej strony, z buddyjskim spokojem pozwalający zasypywać się brzozowym listkom. W oczku są glony, a kapustę coś zjadło z wdziękiem na ażurowo. Pomidory przemijają dekadencko.  Uczę się stoicyzmu, jak co roku, zgodnie z wytycznymi pana Poniedzielskiego: " (...) jest na przykład zasada zachowania energii. Ja ją stosuje w ten sposób, że stosuję zasadę zachowywania energii na później."


Ale mogę wyciągnąć kasztanowe poncho i czuć się pocieszona, patrząc na las wokoło, świecący po deszczu jak szmaragdowy naszyjnik.

Wczoraj, dziś i jutro

Cicho, spokojnie, pada deszcz. Takim równym rytmem, jak marsz zaciężnych wojsk.  Niemal czuje się, jak ziemia wzdycha z ulgą,  jak piją tę wodę schnące brzozy, sumaki i świerki, przyschnięte  trawy, forsycje o smętnych resztach liści, zbrązowiałe paprocie. To, co w ogrodzie było pysznego, wspaniałego, wychuchanego i pielęgnowanego, przyschło cicho i bez nadziei. Ale pospolity ludek chwaściano - łąkowy ma się całkiem dobrze. Wrotycze są złote, nawłoć triumfuje, ostróżeczki polne, zioła,  baldachy aminków, cynie i astry, lebiodka, cykorie - nadal cieszą kolorami,  teraz dodatkowo wypłukane deszczem. Sosny też stroszą zawadiacko grynszpanowe igły, kto wie, może grzyby będą po  deszczu?

Kawa pachnie, lampka się pali, stos papierów czeka, analizy wyników i zeszyty. Za nami pierwsze dni szkoły, ślizgające się na wyfroterowanych podłogach, chwalące się nowymi plecakami i piórnikami z batmanem i minionkami. Już została zbita szyba przy sali gimnastycznej, już popłynęły pierwsze łzy, już czerwony długopis dotknął nowych zeszytów. Korytarzem na stołówkę idą przedszkolaki i płaczą, gromadka piskląt wśród wrzawy wypuszczonej na przerwę dziatwy. Czy nie tak dawno Duży trzymał się kaloryfera przed drzwiami przedszkola i zawodził, by nie zostawiać go samego? I nie tak dawno Średni dreptał przy mnie ze szkoły, dopytując się o to, czy ślimaki mogłyby ewentualnie latać i co by wtedy było?

Nie wiem, gdzie się podziały te wszystkie lata, pewnie popędziły po wyfroterowanej podłodze. Przeminęło z malinami i wiatrem kolejne lato, a cichy deszcz tłumaczy mi, że przecież wiedziałaś. Wiedzieliśmy, Lemuelu, że prawdziwi podróżni, poszukujący Wyspy Harf i Zaginionego Pałacu nigdy nie powracają, nigdy. Kupowaliśmy nowe piórniki i odkładali podłożone spodnie, nawet nie próbując udawać, że wierzymy Szekspirowi: i wieczne lato świeci w moim państwie. 
Ale na swój sposób on miał rację, prawda? Wieczne lato świeci i wędrowcy powracają. Jakby w każdym moich dużym synu był ten mniejszy, a w nim jeszcze mniejszy, jak rosyjskie matrioszki, chowające się w sobie. Duży, wkładający Elfowi obrączkę na palec mieści w sobie Dużego, walczącego na szpady z łopianem i Dużego, chlipiącego przy przedszkolnym kaloryferze, i Dużego, którego trzymam w ramionach, delikatnie, aż uśnie. Średni mieści w sobie wszystkich Średnich ze ślimakami, wierszami, "bój się mnie, robaku" i okrągłą buzią zdziwionego chochlika. Mały podnoszący rękę do odpowiedzi skrywa Małego, pakującego się w każde tekturowe pudło i pytającego, czy ma zupka nogi?
Jakbym była matką wielu synów, jednocześnie świętującą wczoraj, dziś i jutro.
Ich i moje.


Mały, Średni i Duży w czasach zamierzchłych. I małe zerknięcie do archiwum:


Rok 2007. Opowiadam  maluchowi przed snem.
W rozpaczy, jako że opowiadanie trwa już długo,
jak tonący brzytwy chwytam się znajomych wierszyków.
Padło na Tuwima.
- Miauczy kotek miau,
coś ty kotku miał?
Miałem ja miseczkę mleczka…
- Ogujtu?- przerywa mi Mały z zaciekawieniem.
- Nie, nie jogurtu, mleczka.
- Z chjupkami?
- Bez chrupek.
- Kasi?
- Nie, nie kaszy. Mleczko miał kotek.
- Gojońcie?
- Ciepłe.
- Bakuś?
- Nie miał kotek bakusia. Mleczko. Tylko mleczko.
- Piesiek?
- Nie wiem, co miał piesek. Może kość. Możemy czytać o kotku?
- Ość?
- Może mięsko.
- Basi?
- Może kiełbasy miał, nie wiem.  Dasz mi skończyć wierszyk w końcu czy nie?
- Dasz. Nie.
….
Zapomniałam, że następna dociekliwa jednostka
 mi w domu rośnie….