17 marca 2014

Poranny dyżur. O tym, jak kochać życie o siódmej rano.

Szkoło szkoło, miła szkoło
wcale w tobie niewesoło...


Tego wierszyka nauczyła mnie kiedyś mama, a teraz ja kucam na szkolnym korytarzu, o straszliwej godzinie siódma dwadzieścia rano, gładząc rozwichrzoną czuprynkę jakiegoś porannie nieuczesanego malucha.
- Znasz taki fajny wierszyk? - pytam, a gdy wyrecytowuję go w szarawym bezbrzasku, buzia malucha rozjaśnia się.
- Ale lepiej byłoby, żeby się kończyło, że jest wesoło, prawda?
- Prawda! Co tu masz? Klocki? Ale odlotowy zestaw...

Obok siedzi Mała z kucykiem, ma albumik z karteczkami, na każdej lalka zombie z ulubionej wampirzej serii wszystkich dziewczynek. Pokazuje mi je z dumą. Grubasek w dresach z napisem NIKE, marki pewnie Wtorkowy Ryneczek pieczołowicie odpakowuje kanapkę z aluminiowej folii. Wzrusza mnie to, myślę o mamie, która mu to zapakowała, dodając batonik Milky Way... Duży pewnie też je w szkole zapakowaną przeze mnie kanapkę: roszponka, ser, chleb domowy, pasta ze słonecznika. Na korytarzu nie ma nikogo więcej, pora barbarzyńska, autobusy szkolne jeszcze nie dojechały, a dowozimy dzieciaki z 46 wiosek. Wszystkie małe szkoły zlikwidowano, te pod brzozami, na końcu wiosek, gdzie była pani i dwanaścioro uczniów. Nie ma ich, jest tylko nasza duża, zbiorcza szkoła, trzy piętra, a w tej chwili tylko my i nasz korytarz. 
O siódmej trzydzieści otwiera podwoje szkolny sklepik, jest zapas świeżych bułeczek, pachną kusząco. Są i cukierki na sztuki, są kolorowe żelki, niezdrowe czipsy, tymbarki z napisami pod kapslem, andruty, lody... cały raj dla cisnącego się w kolejce drobiazgu, kładącego na sklepikowej ladzie garście drobniaków.  Ostatnio wzruszył mnie Adaś z szóstej klasy, podsuwając mi na korytarzu dwa ugniecione cukierki z kieszeni dresów.
- To dla pani...
Wiem, że kupił sobie,  10 groszy jeden cukierek, ale biorę, bo wpatruje się we mnie i rozjaśnia, gdy chowam cukierki do czerwonej torebki.
Powoli szkoła się zaludnia. Są już pierwsze przepychanki, jest płacząca trzecioklasistka, a bo on mnie kopnął, proszę pani, jest grupka gimnazjalistek chichocząca przy oknie, woźna w niebieskim fartuchu w żółte kwiatki, dzień dobry, paskudna pogoda, ale wieje, prawda? W łazience na piętrze znowu ktoś nabrudził, Kubie zginał piórnik, Gosia pyta o konkurs poezji, do kiedy te wiersze, proszę pani i czy mogą być o wiośnie...

O siódmej rano niebo jest szare, z przebłyskiem złotego pasma nad linią olch, nad rzeką.
Pachnie kawa, chyba z księgowości, kaloryfer jest ciepły, opieram się o niego, witając snujących się korytarzem męczenników wiedzy. Uśmiecham się, zagaduję. Myślę o tym, ze przed nimi, tak jak przede mną, osiem godzin, że łóżko było ciepłe, a wicher musiał szarpać szkolnym autobusem na zakrętach. 
- Co będziemy robić na polskim? - dopytuje się poważny Gabryś.
- Będziemy śpiewać szanty - odpowiadam równie poważnie. - I udawać piratów.
Wydaje się usatysfakcjonowany :)

Szkoło, szkoło.
Kiedyś woźna roznosiła nam zbożową kawę w wiadrze, nalewaną czerpakiem, były bułeczki, kołnierzyki i tarcze na rękawie. Ławki miały dziurę na kałamarz w szmaragdowej, połuszczonej tafli farby ryło się cyrklem, teraz pisze markerem, ale słowa te same, buzie te same, te same smutki dziecięce i radości.
Tylko żalu, czasem buntu czy gniewu więcej.
I nauczyciele jacyś zmęczeni. I nie mają sił, by kucnąć rano przy zaspanym maluchu, pomóc związać włosy gumką. Bo inny mały buntownik zirytował,  umęczył, odebrał wiarę w istnienie dzieci z Bullerbyn.  
Cóż, ja jeszcze ciągle ją mam.
Kiedyś powiedziałam sobie, że przestanę pracować w szkole, gdy nie podejdę już do płaczącego w kącie malucha. Gdy zobojętnieję, gdy przestaną mnie wzruszać ich uprasowane przez mamy koszulki,  naburmuszone buzie,  ciekawość świata, ugniecione zeszyty,  śmiechy i łzy.
Na razie ciągle jeszcze podchodzę...


Lekcja robienia wiosennych kanapek...


 Na korytarzu fajnie się maluje...


Lekcja herbatkowo - ciasteczkowa, jako atrakcja główna serwis mężowej mamy, nic się nie stłukło na szczęście :)

17 komentarzy:

  1. Przypomniałaś mi . Kiedyś dawno temu ,na wycieczce z dziećmi ,zbiegałam z nimi z górki . I wydawało mi się że zawsze będę tak zbiegać i nawet coś takiego powiedziałam . A wiele lat potem nie miałam już sily zbiegać .

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Fajna ta wasza szkoła :)

      Usuń
    2. Dobrze tak sobie przypomnieć, Mario, uśmiechnąć się do siebie samej, zbiegającej z górki :) Cieszę się, że podzieliłaś się tym wspomnieniem, teraz będę też zbiegać, póki mogę!

      Usuń
  2. Ja codziennie jestem w szkole o 7:20, no czasem 7:25, ale z zupełnie innych powodów niż Ty ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Solidaryzuję się w porannej wspólnocie!

      Usuń
  3. Fajna twoja szkoła, a jeszcze fajniejsze twoje lekcje... Obawiam się, że to zobojętnienie to niestety przychodzi jakoś z wiekiem i brak cierpliwości też. Widzę to na sobie, może zobojętnienie nie, ale cierpliwości brakuje.
    Kalinko, mam wiadomość dla ciebie, może cię zainteresuje, tylko maila nie znam?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mikuś, minstrella1@gmail.com

      Co do lekcji, zważ że te wszystkie szaleństwa popełniam na POLSKIM :) Kasiu - staram się, pomagacie mi.

      Usuń
  4. Piękny post! Uczniowie się zieniają, to prawda, ale i nauczycieli z powołania coraz mniej...
    A tych malych szkół szkoda, oj jak szkoda.
    Wprawdzie uczyłam w dużych miejskich szkołach, ale jakaż byla różnica między klasą 30, a 18 sobową. Niebo a ziemnie ;)
    Wszelkiej pomyślności

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jo, my mamy klasy jeszcze 12 osobowe niektóre, ale też nas łączy gmina na siłę, a szkoda... w całej szkole jakaś dwusetka dzieci łącznie z przedszkolem i gimnazjum. malusio. Ale ma to swój urok.

      Usuń
    2. Jejku! 12 uczniów! Marzenie! Jaki sie ma fajny kontakt z uczniami :)
      Kameralna twoja szkoła. Musi byc fajnie :)

      Usuń
  5. Nie przestaniesz. Bo to kwestia wrażliwości. To się ma, albo się tego nie ma, i już. Ani powołanie, ani wiek, ani zmęczenie nie mają na to wpływu. Jestem spokojna o powierzone Ci dzieci. Prędzej wypiszesz się ze szkoły, niż płaczącego malucha zostawisz samemu sobie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pocieszasz mnie, Hano. Bo czasem się boję i jest to taki strach, oparty na obserwacjach innych, także nauczycieli. Siedzi mi duszek na ramieniu i szepce: nie daj się, choć mamy milion powodów, by odpuścic, by usprawiedliwić nasze zniechęcenie, krzyk, czasem zgrzytanie zębami... i wtedy Korczak mi sie przypomina: gdy macie rację i chcecie karać w uniesieniu, pamiętajcie o szybko bijącym sercu dziecka.
      No i może to, że moje dzieci też tu są i widze po nich, jak ważna jest bliskość starszej osoby, mądrej, wspierającej. Życie i tak nas nie rozpieszcza, a dzieciom trudniej...

      Usuń
  6. Sprawdzam wlasnie pierwsze szkice krotkich opowiadan, ktore w tle maja naturalna katastrofe, cyklon, huragan, tsunami i powodz z Yellow River. Fikcja oparta na realiach katastrofy. Uczen opisuje ucieczke wiezniow ze stanowego wiezienia na Florydzie. Akcja porywajaca, tlo huraganu odeszlo w dal. Mlody pisarz poniesiony fantazja zapomnial o wymaganiach w dolaczonej rubryce do wypracowania :) Edukacja sie zmienia na calym swiecie, powody dla ktorego zostaje sie nauczycielem tez moga sie zmienic. Odkrywam, ze z kazdym rokiem coraz wiecej mamy papierow do wypelnienia. Czuje sie jak biurokrata a nie nauczyciel. Plany caloroczne, plany tygodniowe, plany dzienne, zapis spotkan - kolka do czytania, co kto, na jakim etapie - 6 dodatkowych papierow dziennie. Udokumentowane telefony do rodzicow, spotkania z rodzicami, szkolenia szkolen. Jedziesz na szkolenia dodatkowo i szkolisz kadre. Im wiecej uniesiesz tym wiecej jest nakladane na twoje barki. Nie mowiac o dokumentacji dzieci nie nadajacych sie do zwyklych klas, ktore jednak tu trafiaja bo nie ma wystarczajacej dokumentacji, kto kiedy i dlaczego podniosl i rzucil lawke. Cala zwykla klasa w tym czasie ewakuowana na korytarzu. Dlaczego do takich rzeczy sie dopuszcza? W imie integracji. Komu to naprawde sluzy - wyglada dobrze na papierach. Zadne dziecko nie jest zostawione i moze byc wlaczone w zwykly nurt. Dzieci z wiekszym czy mniejszym autyzmem, z problemami wychowawczymi, itd, itp. W moim wypadku bede wykonywac ten zawod do kiedy mi sil starczy. Biorac pod uwage, ze ucze starsze klasy, potrzebuje duzo sil :) Lubie twoje szkolne historie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Watko, życzę sił!
      Zainspirowałaś mnie do pokazania wam wypracowania dziewczynki idącej programem specjalnym, to będzie post o wielkiej przyjaźni :) My też mamy biurokracji po cebulki włosów, ale walczymy )

      Usuń
  7. Mam nadzieję, że mój Młody (jak już kiedyś bidulek ruszy do szkoły) trafi na nauczycieli takich jak Ty. Tak wiele zależy od tych pierwszych nauczycieli. Ja miałam normalnie kobietę - anioła :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Ja też miałam anioły na drodze, więc mam dużo dobrej energii do dzielenia się, Ankho. I rozumiem odpowiedzialność. Pozdrowionka!

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję, że zostawisz ślad :)